Ścieżka edukacyjna Zrobotyzowani we współpracy z Kopalnia Soli Bochnia sp. z o.o. – Kopalnia Soli Bochnia „Technicznie” – czyli 9 godzin szychty ze Zrobotyzowanymi ⚒️
Czy można połączyć zamiłowanie do fotografii, historii techniki i dreszczyk eksploracji? Zrobotyzowani udowadniają, że tak! W sobotę 15 listopada 2025 roku grupa pasjonatów techniki i turystyki przemysłowej wyruszyła z nami w niezapomnianą podróż 307 metrów pod ziemię – do Kopalni Soli Bochnia, najstarszej kopalni soli w Polsce (jej początki sięgają 1248 roku). W ramach wydarzenia „Sól i Światło” uczestnicy odkrywali tajemnice V poziomu „Podmoście” bocheńskiej kopalni, miejsca normalnie niedostępnego dla turystów. Była to ekskluzywna wyprawa pełna unikalnych atrakcji – od zabytkowych maszyn górniczych, przez podziemne jezioro o zasoleniu Morza Martwego, aż po przejażdżkę górniczą kolejką w wiekowych tunelach. Wszystko to w atmosferze autentycznej surowości kopalni soli, gdzie historia przeplata się z nowoczesnością 😃. Zapraszamy na relację z tego niezwykłego fotospaceru, który dostarczył wielu wrażeń na długo pozostających w pamięci!
W skrócie – najciekawsze atrakcje, które przeżyliśmy pod ziemią:
- Wejście do miejsc na co dzień zamkniętych: Zwiedziliśmy maszynownię szybu Campi (normalnie nieudostępnianą turystom) oraz zabytkowe korytarze i komory na poziomie V (Podmoście) – czyli częściach kopalni, gdzie zwykle panuje ciemność i cisza. To naprawdę unikatowa okazja zobaczyć więcej niż podczas standardowej trasy zwiedzania!
- Podziemny rejs łodzią: Popłynęliśmy łodzią po ukrytym 120 metrów pod ziemią jeziorze w komorze 81. To jedyna taka podziemna przeprawa łodzią w Europie – solankowe jezioro o zasoleniu ~32% (jak Morze Martwe) zrobiło na nas ogromne wrażenie.
- Przejażdżka autentyczną kolejką górniczą: Poczuliśmy wiatr we włosach (mimo kasków 😉), jadąc kilkaset metrów tunelami kopalni oryginalnym pociągiem górniczym. Stukot stalowych kół i migające w ciemności światła lamp stworzyły klimat nie do podrobienia!
- Magia soli i światła w obiektywie: Cały fotospacer był okazją do niesamowitych ujęć 📸. Uchwyciliśmy światło lamp tańczące na kryształkach soli, zabytkowe lokomotywy pokryte patyną, spektakularne komory solne i surowe, dziewicze zakątki kopalni, gdzie na co dzień nie dociera żaden turysta.
- Obiad w Komorze Ważyn: Zjedliśmy ciepły posiłek 250 m pod ziemią, w największej komorze kopalni – Ważyn. Ta imponująca grota ma 255 metrów długości i mieści m.in. podziemną restaurację, parkiet do tańca, boisko sportowe oraz nawet 300 łóżek dla gości! Chwila odpoczynku w tak niezwykłym miejscu to atrakcja sama w sobie.
Lampy górnicze gotowe do drogi – w lampowni Kopalni Soli Bochnia każdy uczestnik wycieczki otrzymał własny zestaw: kask, lampę akumulatorową oraz aparat ucieczkowy na wypadek zadymienia. Dzięki temu mogliśmy poczuć się jak prawdziwi górnicy, zanim ruszyliśmy w głąb ziemi.
Czy chciałbyś na głębokości 300 metrów spotkać się z gigantycznymi systemami transportowymi i odkryć tajemnice bezpieczeństwa kopalni?
Dołączcie do naszych kolejnych wydarzeń, a odkryjecie tę i inne tajemnice Kopalni Soli!
Zanim wyruszyliśmy pod ziemię
Tego dnia od rana nad Bochnią unosiła się aura ekscytacji. Punktem zbiórki był budynek przy szybie Campi, gdzie sprawnie się zebraliśmy, przeprowadziliśmy kontrolę biletów, przeliczyliśmy i pozostało nam czekać na przewodników.
Gdy po chwili oczekiwania dotarli do nas pracownicy KS Bochnia, którzy mieli być naszymi opiekunami podczas zwiedzania, okazało się, że posiadany przez nich plan zwiedzania nieznacznie różnił się od tego, który uzgodniliśmy z kopalnią, czekało na nas więcej niespodzianek!
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od maszynowni szybu Campi – miejsca niedostępnego dla turystów oraz jedynego na całej trasie wycieczki, gdzie fotografowanie było niedozwolone. Ale to, czego nie mogły uchwycić matryce aparatów, zapamiętały nasze głowy. Na szczęście pytania były mile widziane, dzięki czemu za sprawą operatora maszyny wyciągowej poznaliśmy masę szczegółów na temat konstrukcji, napędu, mocy, prędkości, trwałości, konserwacji oraz rozwiązań awaryjnych, dotyczących napędu i układów hamulcowych.
Dla równowagi, po drugiej stronie szybu (został swojego czasu “obrócony”) zobaczyliśmy używaną niegdyś maszynę parową, która obsługiwała klatki w szybie w sposób zbliżony do obecnej wyciągarki elektrycznej. Co ciekawe, jest ona podłączona pod silnik elektryczny, który potrafi nią “zakręcić”. Nie ma już buchającej wszędzie gorącej pary, ale i tak “pracująca” maszyna robi wrażenie. Tu fotografowanie nie było ograniczone i potrzebowaliśmy dobrych kilkunastu minut, aby każdy mógł uwiecznić interesujące detale.
Nie ma zabawy bez BHP (i trójkątnej blaszki)
Zanim jednak zjechaliśmy w dół, musieliśmy stać się częścią załogi górniczej. Ponieważ nasz plan zakładał zejście ze standardowej trasy turystycznej w rejony podlegające surowym rygorom prawa górniczego, przeszliśmy obowiązkowe szkolenie z obsługi aparatów ucieczkowych (prosty filtr tlenku węgla, który w specyficznych warunkach ma zapewnić godzinę na opuszczenie zagrożonego obszaru). Ratownik zapewnił nas, że od dawna nie mieli potrzeby używania takowych (tutaj nie ma możliwości, że samoistnie zapali się złoże, jak może to mieć miejsce np. w kopalniach węgla kamiennego). Przesłuchaliśmy też ratownika na okoliczności jego pracy i zobaczyliśmy jego narzędzia pracy (aparat wyposażony w butlę tlenową z 400 litrów tlenu, który powinien pozwolić na około 2 godziny akcji ratunkowej). Na odchodne część osób zrobiło zdjęcie wiszącego na ścianie szczegółowego planu kopalni. Tak na wszelki wypadek… Potem już tylko lampownia, gdzie nastąpił ten magiczny moment transformacji w górników. Pobraliśmy ⛑️ Kaski (bezpieczeństwo przede wszystkim!), 🔦 Lampy górnicze (bez nich w mroku ani rusz), 🏃 Aparaty ucieczkowe, ▲ Marki górnicze (specjalny, trójkątny numer identyfikacyjny, który jest świętością w górniczym fachu), jednocześnie wpisując się na “listę górników zjeżdżających na dół”.
Czy wiesz czym jest Marka górnicza?
To nieduża blaszka z nabitym numerem. Każdy kształt tej blaszki miał swoje znaczenie w kopalnianej hierarchii. Okrągła – zjazd, wielokątna – uprawnienia strzałowe. Ale najważniejsza była zasada czystej tablicy. Marka wisząca na tablicy po zakończeniu zmiany krzyczała głośniej niż syrena: człowiek został na dole. Wtedy ruszał alarm. To ten kawałek metalu decydował, czy ruszą po Ciebie ratownicy.
Dołączcie do naszych kolejnych wydarzeń, a odkryjecie inne tajemnice Kopalni Soli!
Zejście w ciemność – początek podziemnej wyprawy
Po pobraniu niezbędnego wyposażenia w Lampowni czekał nas przejazd drogowym pojazdem górniczym do szybu Sutoris (łac. Szewc). Ponieważ była sobota, maszyna wyciągowa w tym szybie odpoczywała. Co to oznacza dla Zrobotyzowanych? Oczywiście spacer! Zeszliśmy pieszo schodami na poziom „Danielowiec”, znajdujący się na głębokości 70 metrów. Tam nasz przewodnik zarysował nam historię powstania obiektu. Kopalnia składała się z aż 44 szybów, z czego jednak spora część była “nietrafiona” (nie dotarła do soli, więc została zamknięta i zabezpieczona). Po latach część szybów została zlikwidowana, jako że dzisiaj maszyny wyciągowe potrafią sięgać naprawdę głęboko i nie trzeba się przesiadać z szybu do szybu. Obecnie kopalnię obsługują trzy szyby: Campi i Sutoris (szyby obsługujące ruch oraz wentylację w zakresie “wydechowym” (tędy powietrze ucieka z kopalni) oraz szyb Trinitatis – “wdechowy” (nawiew świeżego powietrza w głąb tuneli, niestety nie było nam dane do niego dotrzeć).
Poziom Sobieski – śladami historii i geologii
Po przejściu pierwszego poziomu (tutaj Kopalnia stworzyła ścieżkę multimedialną “Solny świadek”, której postanowiliśmy nie uruchamiać z uwagi na nasze zainteresowanie “surową” wersją kopalni) przez komory Stanetti dotarliśmy do poziomu drugiego (“Sobieski”, głębokość 106 m). To tutaj kopalnia pokazała nam swoje geologiczne oblicze. Przy świetle naszych własnych lamp czołowych oglądaliśmy naturalne formacje solne na ścianach i sklepieniach – żyłki czystej soli mieniące się w reflektorach, fantazyjne wykwity solne w szczelinach skalnych, które przypominały brokat rozsypany w ciemności. Fotografowie mieli tu pierwsze pole do popisu, uwieczniali strukturę soli w zbliżeniach i grę cieni rzucanych przez nierówności skalne. Fotografowaliśmy pierwotne formacje solne i wtórne wykwity, wciskając się w korytarze momentami tak ciasne, że trzeba było przez nie przechodzić na przysłowiowym wdechu. Przy okazji przewodnik przekazał nam kilka ciekawostek na temat oznaczania głębokości poszczególnych poziomów – okazuje się, że poziomy wcale nie są takie poziome, a wyjścia szybów są na różnej wysokości n.p.m. Oznacza to, że ten sam poziom w zależności od szybu ma inaczej oznaczoną głębokość. To pokazuje, jak skomplikowanym „labiryntem” jest ta kopalnia po ponad 7 stuleciach eksploatacji!
Z poziomu “Sobieski” na poziom “Wernier” dotarliśmy przejściem “Kalwaria”. Na jego końcu zatrzymaliśmy się na chwilę w podziemnej komorze, w której urządzono galerię różnych formacji solnych. Schodami “Regis” chętni dotarli do dwóch kaplic, umiejscowionych głęboko w kopalni. W ciszy tych odległych od wejścia tuneli naprawdę można było poczuć ducha dawnych górników – każde uderzenie kilofa musiało tu kiedyś rozbrzmiewać echem. Po drodze nasi przewodnicy odpowiadali na pytania, dotyczące techniki i warunków pracy – zarówno w czasach dawnych, jak i współczesnych. Jednym z najciekawszych zagadnień, poruszonych podczas zwiedzania było to, jak zapewniano dopływ powietrza do poszczególnych wyrobisk. W największym skróci: układ tuneli (i poustawianych w nich przegród) zapewnia przepływ powietrza głównymi korytarzami, zaś w korytarzach bocznych jest to już kwestia albo niewielkiej odległości (wymiana dyfuzyjna), albo wymuszonego obiegu (dziś lutnie, kiedyś miechy kowalskie napędzane ręcznie!).
Zejście solnymi drabinami na poziom August
Przygoda nabrała rumieńców, gdy przy przejściu z poziomu “Wernier” na poziom “August” czekała nas niespodzianka. Otrzymaliśmy zgodę na przejście fragmentem kopalni normalnie zamkniętym przed turystami (wpisany na listę UNESCO, ochrona przed “zadeptaniem”) – dawno nieużywaną odnogą korytarza zwaną “Kalwaria”. Droga ta wiodła przez pionowe szyby łącznikowe wyposażone w stare drabiny solne. Te drabiny to prawdziwa osobliwość: pięć pięter metalowych kratownic i stopni, całych pokrytych grubą warstwą krystalizującej soli! Każdy krok skrzypiał i sypał drobinkami soli. Przejścia ciasne, ale nas to nie zatrzymało. Czy narzekaliśmy? Skądże! Nawet gdy sól sypała się za kołnierz (dzięki kolegom wspinającym się wyżej), humory dopisywały. Ci na dole z kolei robili zdjęcia tym z góry. Ci pośrodku krzyczeli na jednych, żeby się nie zatrzymywali, bo czas ucieka, a sami byli poganiani. A przecież druga okazja na wizytę w tym miejscu może się już nigdy nie trafić… to jest właśnie esencja przemysłowych wycieczek Zrobo – autentyczne i z nutą wyzwania! Wszyscy skupieni, z aparatami przewieszonymi bezpiecznie na plecach, pokonaliśmy ten nietypowy odcinek. Gdy ostatni uczestnik zszedł się na poziom August, mogliśmy sobie pogratulować – nie każdy turysta ma okazję pokonać kopalniane drabiny wysadzone solą!
Poziomem “August” dotarliśmy do wschodniego krańca kopalni, skąd kolejnym przejściem przez poziom “Lobkowicz” dotarliśmy do poziomu “Sienkiewicz”.
Rejs po solnym jeziorze – magia „Soli i Światła”
Tam, w komorze “81” (zaborcy nie bawili się w ładne nazwy) połyskiwała ciemna tafla wody – podziemne jezioro solankowe. Podzieleni na mniejsze grupki wsiedliśmy ostrożnie do długiej łodzi, a górnicy-marynarze zajęli miejsce przy wiosłach. Odbiliśmy od brzegu i w kompletnej ciemności, którą rozpraszały tylko nasze lampy, rozpoczęliśmy spokojny rejs w głąb zalanego korytarza. Wrażenie było niesamowite: nad głowami sklepienie komory, w wodzie odbicia świateł tworzące złudzenie jakby gwiazd na niebie… a wokół solne ściany kryjące tysiące tajemnic.
Jezioro jest trochę sztuczne – dopompowuje się do niego solankę, gdyż ta paruje i ucieka między skałami. Za to zasolenie ma mocniejsze niż Morze Martwe – około 32%, roztwór w pełni nasycony, więcej się nie da. Głębokość samego jeziora to całe 60 cm. Dowiedzieliśmy się też, że górnicy obsługujący łódź to pełnoprawni marynarze, a sama łódź jest zarejestrowana jako statek w Urzędzie Morskim w Gdańsku – wszak pływa w solance, czyli wodzie morskiej! Ma nawet prowadzony dziennik pokładowy, do którego trafiają wpisy o każdym przypadku „kąpieli pasażera”. Ponoć przez lata uzbierało się ich całkiem sporo, co wywołało uśmiechy na naszych twarzach. Tym razem jednak obyło się bez wywrotek – wszyscy grzecznie pozostali na pokładzie, podziwiając to osobliwe połączenie żywiołów: soli, wody i mroku. Po kilku minutach rejsu, podczas którego wykonaliśmy sporo unikalnych zdjęć (uchwycenie ostrości w niemal absolutnej ciemności to było wyzwanie!), dopłynęliśmy z powrotem do pomostu. To doświadczenie doskonale oddało ideę „Sól i Światło” – w blasku naszych lamp sól ukazała swe piękno w najbardziej niezwykły sposób.
Kaplica św. Kingi i podziemna kolejka
Po rejsie przeszliśmy na zachód do komory “Ważyn” (jeszcze do niej wrócimy, i to dosłownie), gdzie po szybkim odświeżeniu się podjechaliśmy szybikiem “Ważyn” na poziom “August”, do kaplicy św. Kingi (patronka górników solnych), która to jest największą i najbardziej imponującą z kaplic w bocheńskiej kopalni, a może nawet i świecie.. Co ciekawe, biegną przez nią tory kolejki – tak, to prawdopodobnie jedyna kaplica na świecie, przez którą przejeżdża kolej górnicza! I my mieliśmy okazję się o tym przekonać, bo akurat gdy robiliśmy zdjęcia, nadjechał górniczy pociąg.
Autentyczna kolejka górnicza w tunelach Kopalni Bochnia. Przejazd takim pociągiem kilkaset metrów pod ziemią to niezapomniane przeżycie – stukot kół, blask lamp na obudowie korytarza i świadomość, że jedziemy trasą, którą pokonywali dawni górnicy, tworzą magiczną atmosferę.
Nadszedł moment, na który wielu z nas czekało najbardziej – przejazd podziemną kolejką. Wsiedliśmy do niewielkich wagoników ciągniętych przez elektryczną lokomotywę górniczą LDag 05. Kierownik pociągu dał sygnał, maszynista zakręcił nastawnikiem i ruszyliśmy – przed nami kilkaset metrów trasy, wiodącej przez kolejne komory i chodniki, aż w okolice szybu Campi. Prędkość nie była duża, ale wrażenia niesamowite: mrok tunelu rozświetlany tylko reflektorami lokomotywy, pęd powietrza na twarzy, echo toczących się metalowych kół. Wszyscy czuliśmy dreszcz emocji, jakbyśmy cofnęli się w czasie i byli górnikami jadącymi na szychtę… z tą różnicą, że w rękach zamiast kilofów trzymaliśmy aparaty 📷. Oczywiście nie przepuściliśmy okazji, by uwiecznić i ten element wyprawy – aparaty niemal grzały się od zdjęć w ruchu! Z uwagi na specyficzny charakter uczestników wycieczki pociąg zebrał znacznie więcej zdjęć niż kaplica. I to zarówno przed tym, jak do niego wsiedliśmy, w czasie drogi, a także po wyjściu i dodatkowo jak nas mijał w drodze powrotnej.
Chwila wytchnienia 250 m pod ziemią – Komora Ważyn
Z poziomu “August” wróciliśmy do komory “Ważyn” (jedni zejściem “Seremak”, a inni – towarzyszącą mu zjeżdżalnią), Intensywne zwiedzanie podziemi sprawia, że nawet najwięksi entuzjaści potrzebują przerwy. Organizatorzy zadbali o to, byśmy mogli złapać oddech i uzupełnić energię w Komorze Ważyn – najsłynniejszej i największej komorze w Kopalni Soli Bochnia. Znajduje się ona około 250 m pod ziemią i imponuje rozmiarami: około 255 m długości i 7 m wysokości. To prawdziwe podziemne miasteczko: działa tu restauracja z drewnianymi stołami, jest parkiet do tańca, a obok ustawiono boisko sportowe. Co więcej, komora pełni funkcję uzdrowiskową – dzięki wyjątkowemu mikroklimatowi (powietrze wolne od zanieczyszczeń i alergenów, bogate w mikroelementy) nocuje tu wielu kuracjuszy z problemami oddechowymi. My również poczuliśmy na własnej skórze tę dobroczynną atmosferę: rześkie, lekko słone powietrze świetnie orzeźwia po kilku godzinach marszu.
Czekał na nas pyszny obiad serwowany głęboko pod ziemią – nie każdy może się pochwalić, że jadł posiłek w kopalni! Zasiedliśmy na ławach, delektując się ciepłym jedzeniem i dzieląc pierwsze wrażenia. W tle przyćmione światła tworzyły przytulny klimat, a echo rozmów niosło się wysoko pod sklepieniem komory. Ta chwila wytchnienia była też okazją do integracji – w końcu nic tak nie łączy jak wspólna przygoda. Rozmowom o dotychczasowych atrakcjach nie było końca: emocjonowaliśmy się zejściem po solnych drabinach, wymienialiśmy spostrzeżenia o urokach fotografowania soli i żartowaliśmy z naszych „pasażerów na gapę” – wszechobecnych kryształków soli, które przylgnęły do ubrań.
Niektórzy śmiałkowie postanowili dodatkowo skorzystać z niecodziennej atrakcji – tuż obok schodów do niższej części komory znajduje się długa na 140 metrów zjeżdżalnia, biegnąca pochyłym tunelem! Oczywiście musieliśmy spróbować. Zjazd tą podziemną ślizgawką wywołał w nas lawinę śmiechu i dziecięcej radości. Kto by pomyślał, że w zabytkowej kopalni można poczuć się jak na placu zabaw? A jednak – Bochnia oferuje takie unikalne połączenie nauki, historii i zabawy.
Tajemnice Piątego Poziomu (Hardcore Mode On) 😎
Po odpoczynku czekała nas kulminacyjna część wyprawy, to, co tygrysy lubią najbardziej – głęboka eksploracja poziomu V kopalni, z dala od turystycznych ścieżek. Do naszej grupy dołączył sztygar – doświadczony górnik, który miał nadzorować poruszanie się po działających partiach kopalni. Jego obecność zwiastowała jedno: kończą się żarty, zaczyna się prawdziwa kopalnia. Uzbrojeni w świeże baterie do aparatów i pełni energii wyruszyliśmy ponownie na wschód, w stronę szybu Sutoris. Tam czekało nas nie lada wyzwanie: zejście awaryjną klatką schodową w szybie, około 70 metrów w dół, na poziom 300 metrów. Z uwagi na brak obsady maszyny wyciągowej w sobotę, musieliśmy pokonać tę wysokość po drabinach i pomostach. Na szczęście te schodkowe drabiny były już bardziej nowoczesne i mniej obrośnięte solą niż poprzednie – ale wciąż perspektywa wspinania się w dół szybu robiła wrażenie. Cóż, nie każdy może się pochwalić zejściem awaryjną drogą ewakuacyjną czynnej kopalni, prawda? Emocje sięgały zenitu, a adrenalina dodawała nam ostrożności przy każdym kroku. Gdy dotarliśmy na dół, znaleźliśmy się na poziomie zwanym Podmoście – i faktycznie mieliśmy poczucie, jakbyśmy zeszli do samego serca żyjącej kopalni.
Poziom ten to miejsce pracy górników utrzymujących kopalnię w odpowiednim stanie technicznym. Tutaj spływają wody napływające do kopalni (ścieki z góry też). I chociaż główne pompy są jeszcze niżej, to jest plan, żeby znalazły się jednak tutaj. Tak samo tutaj kończą się szyby zsypowe z wyższych poziomów i tutaj jest bufor skały do wywiezienia (bieżącym urobkiem zasypuje się jeden z korytarzy, a jeśli jest czas i miejsce, wywozi się go na powierzchnię). Tutaj stały pociągi towarowe, a wśród nich czekały na nas surowe, ciężkie lokomotywy akumulatorowe polskiej produkcji – Konstal LDag 05. Jedna z nich przechodziła właśnie drobne prace naprawcze, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć ją w niezwykłym stanie: zdemontowaną, dwutonową skrzynią akumulatorową odsuniętą na bok. To był widok, którego nie sposób oddać słowami – monumentalny i fascynujący zarazem. Mijaliśmy składy malutkich wagoników (koleb) do przewozu materiałów – oczywiście każdy z nas wykorzystał okazję, by zrobić im zdjęcia. Te małe wagony, pokryte pyłem i solą, miały w sobie jakiś urok dawnej techniki. Chyba nawet bardziej nas zafascynowały niż błyszcząca kolejka na poziomie turystycznym.
Fotografowaliśmy każdy detal, chyba jeszcze dokładniej niż tę maszynę na poziomie “August”. I co najważniejsze, tutaj nie ma żadnych udogodnień dla turystów – w końcu lampy były niezbędne, a nie tylko pomocne.
Surowe piękno podziemnych korytarzy kopalni Bochnia – drewniane obudowy, szyny kolejki górniczej i wszechobecna sól. Na piątym poziomie nie ma iluminacji dla zwiedzających; panuje tu autentyczny mrok rozpraszany jedynie światłem naszych lamp. Dla pasjonatów fotografii takie miejsce to prawdziwy raj – można uchwycić ducha kopalni w najczystszej formie.
To właśnie na piątym poziomie w pełni zrozumieliśmy, skąd wzięła się nazwa naszej wyprawy „Sól i Światło”. Tutaj sól i światło grały pierwszoplanowe role – w ciemności, którą rozcinaliśmy latarkami, drobinki soli błyszczały jak gwiazdy w tumanach kurzu unoszącego się spod naszych butów. Każde zdjęcie wymagało precyzyjnego doświetlenia – stawaliśmy się mistrzami malowania światłem wśród solnych ścian. Brak sztucznego światła okazał się… błogosławieństwem dla fotografów: mogliśmy oświetlać kadry dokładnie tak, jak chcieliśmy, wydobywając z mroku to, co najciekawsze. Udało się uchwycić na zdjęciach autentyczny klimat miejsca pracy górników – surowe, techniczne piękno kopalni, bez upiększeń.
Tak czy inaczej, brak oświetlenia pozwolił nam doświetlić fotografowane obiekty wedle uznania i wycisnąć z tego maksimum ciekawych ujęć. Ujawniła się też ciekawostka – snopy lamp pokazały całkiem spore zapylenie. To nasza grupa podniosła na butach pył z podłogi. Gdy wracaliśmy do punktu wyjścia po swoich śladach, byliśmy mocno zaskoczeni jego ilością w powietrzu.
Oczywiście pojawienie się nowego gracza (sztygara) w drużynie gospodarzy, drużyna gości wykorzystała tak, jak umiała najlepiej. Został “zaatakowany” dużą liczbą pytań, a sam zrewanżował się równie wielką liczbą ciekawostek i opowieści.
Powrót na powierzchnię – niezapomniane wrażenia
Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. Po kilku godzinach intensywnej eksploracji ostatecznie dotarliśmy do szybu “Campi”, gdzie trafiła nam się jeszcze jedna ciekawostka – hamulec do wagoników przed wjazdem do klatki windy. Prosta, sprężynowa konstrukcja na torach, zatrzymująca samoczynnie wagony (zwane tu „kolebami”) – niby drobiazg, ale dla nas, ciekawskich techniki, kolejny smaczek do kolekcji. Oko fachowca wyłapie wszędzie coś interesującego!
Chwilę po tym podjechała klatka windy. Klatka jest dwupoziomowa, żeby oszczędzać przebiegi. Ale biorąc pod uwagę liczbę pasażerów, i tak należy przyznać, że warszawskie metro w godzinach szczytu oferuje bardzo komfortowe warunki. Jesteśmy absolutnie przekonani, że górnik obsługujący windę pobierał praktyki w tokijskim metrze. Finalnie szybkie wynurzenie na powierzchnię w ciągu minuty z prędkością 4 m/s wydało się wręcz teleportacją do innego świata. Gdy drzwi się otworzyły, powitał nas chłód listopadowego popołudnia, szare światło dnia i powracający zasięg telefonów i Internetu mobilnego. 9 godzin pod ziemią minęło jak jedna chwila! Wypełnieni adrenaliną, wiedzą i zachwytem, aż mieliśmy problem uwierzyć, że to już koniec.
Na zakończenie oddaliśmy cały sprzęt: lampy zadokowaliśmy w stacji ładującej, aparaty ucieczkowe wróciły na półki, a górnicze marki (identyfikatory) odłożyliśmy przy wyjściu, podpisując się raz jeszcze na liście. W ten sposób oficjalnie „wyjechaliśmy z kopalni”. Zmęczeni, ubłoceni i lekko zasoleni, ale szczęśliwi i spełnieni, pożegnaliśmy się pod szybem Campi. Przed nami zostało już tylko jedno zadanie – przejrzeć setki zrobionych zdjęć i podzielić się najlepszymi ujęciami z innymi.
Podsumowanie: Pasja, która łączy i inspiruje
Wyprawa „Sól i Światło” do Kopalni Soli Bochnia okazała się strzałem w dziesiątkę. Dzięki partnerskiej współpracy Zrobotyzowanych z kopalnią otrzymaliśmy dostęp do miejsc, które normalnie pozostają za zamkniętymi drzwiami. Zobaczyliśmy kopalnię w pełnej krasie – zarówno jej turystyczne atrakcje (multimedialne trasy, łódź, kolejkę, kaplice), jak i jej robocze oblicze: przestrzenie, gdzie wciąż toczy się praca związana z utrzymaniem tego unikatowego zabytku. To połączenie dziedzictwa historycznego i żywej przemysłowej teraźniejszości zrobiło na nas ogromne wrażenie. W jednym dniu doświadczyliśmy setek lat historii zaklętych w soli oraz nowoczesnych aspektów górnictwa – wszystkiego tego, co oferuje turystyka przemysłowa w najlepszym wydaniu.
Dla wielu uczestników była to przygoda życia, która poszerzyła horyzonty (dosłownie i w przenośni). Fotografowie wrócili do domu z kartami pamięci pełnymi unikatowych kadrów – takie zdjęcia można zrobić tylko pod ziemią, gdzie światło spotyka się z ciemnością w tańcu na solnych ścianach. Miłośnicy techniki nacieszyli oczy zabytkowymi maszynami i rozwiązaniami inżynieryjnymi minionych epok. Pasjonaci historii chłonęli opowieści o dawnych górnikach, legendach kopalni i jej drodze do wpisania na listę UNESCO (Bochnia dołączyła do listy światowego dziedzictwa w 2013 roku). A wszyscy razem cieszyliśmy się po prostu niepowtarzalną atmosferą tej wyprawy – poczuciem wspólnoty, odkrywania czegoś ukrytego i wyjątkowego.
Organizatorzy z ekipy Zrobotyzowani po raz kolejny pokazali, że hasło „renesans turystyki przemysłowej” to nie pusty slogan. Swoimi wydarzeniami udowadniają, iż polskie obiekty przemysłowe – zarówno te wciąż działające, jak i zamienione w muzea – kryją olbrzymi potencjał edukacyjny i przygodowy. Wymagają przy tym ogromu przygotowań i współpracy (każda taka wycieczka to wynik wielomiesięcznych uzgodnień i planowania), ale efekt finalny wart jest każdej pracy. Uczestnicy wrócili do domów zmęczeni fizycznie, ale wypoczęci od codzienności – bo 9 godzin offline pod ziemią, bez zasięgu i Internetu, okazało się fantastyczną odskocznią od zwykłego życia.
Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto brać udział w kolejnych wyprawach z Zrobotyzowanymi, nasza relacja mówi sama za siebie. Tak unikalnych przeżyć nie znajdziecie nigdzie indziej! To #turystykaprzemysłowa na najwyższym poziomie – łącząca pasję, wiedzę i emocje. My już nie możemy doczekać się następnej przygody, a tymczasem pozostajemy pod wielkim wrażeniem tego, co skrywała przed nami Bochnia. Sól i światło okazały się idealnym duetem, by rozbudzić naszą ciekawość i zapewnić wspomnienia na całe życie. Do zobaczenia na kolejnych wyprawach! 👋
Podziękowania
Dziękujemy Wam, uczestnikom za wzorową dyscyplinę i niesamowitą atmosferę – już przy szybie Campi sprawnie się zebraliśmy i bilety skontrolowaliśmy, a Wasza energia tak nas rozpaliła, że obiecane 15°C w kopalni wydawało się tylko miłym chłodem! Wasze zaangażowanie i ciekawość (dosłownie setki pytań!) sprawiły, że nasza wyprawa przemieniła się w prawdziwy podziemny spektakl! Szczególne podziękowania kierujemy do naszych przewodników – Jacka Pawłowskiego, Marka Rzepki oraz niezawodnego sztygara Adama Chojnackiego – bo dzięki ich wiedzy i cierpliwości nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia techniczne stały się zrozumiałe, a każde pytanie znalazło wyczerpującą odpowiedź.
Ogromne podziękowania należą się również całej załodze kopalni Bochnia za otwartość i zgodę na naszą niestandardową trasę, sprawną organizację (od rejestracji przy wejściu po logistykę na dole) oraz wielką cierpliwość wobec naszych pytań i fotograficznego entuzjazmu – Wasze aparaty miały pełne ręce roboty, a wspomniane „Sól i Światło” roztańczyły się przed naszymi obiektywami niczym gwiazdy. W końcu każde odwiedzone przez nas miejsce zyskało dzięki temu dodatkowy blask!
Na koniec chcemy wyrazić szczególną wdzięczność Paniom Annie Kawalec i Agnieszce Cichostępskiej, Działowi Ruchu, Zarządowi Kopalni Bochnia i Panu Prezesowi Krzysztofowi Ziębie – bez ich przychylności, wsparcia i podjętych działań ta wyjątkowa wyprawa po prostu by się nie odbyła. To właśnie wspólne zaufanie i dobra współpraca pomiędzy nami umożliwiły realizację tej niecodziennej przygody, która na długo zostanie w naszej pamięci.
Dziękujemy!
Słowa kluczowe: turystyka przemysłowa, zwiedzanie kopalni, Kopalnia Soli w Bochni, KS Bochnia, Zwiedzanie Kopalni Soli Bochnia, Zwiedzanie Urbex Kopalni Soli, technika, jednodniowa wycieczka z przewodnikiem, relacja z wydarzenia, Zrobotyzowani, industrialne zdjęcia, przemysł od środka.
Brzmi jak świetnie spędzony dzień? Zobacz dokąd jeszcze wybieramy się w nadchodzącym czasie:
Chcesz przeżyć podobną przygodę? Turystyka przemysłowa w wydaniu Zrobotyzowanych to dostęp do unikalnych obiektów i miejsc, o których istnieniu wielu nie ma pojęcia.
👉 Dołącz do nas! Śledź nadchodzące wydarzenia na Zrobotyzowani.com.pl i zapisz się na nasz newsletter, żeby nie przegapić kolejnych zapisów. 👉 Wraź swoją pasję: Zajrzyj do naszego sklepu Zrobki.pl po gadżety dla fanów industrialu!
#Zrobotyzowani #KopalniaSoliBochnia #Bochnia #TurystykaPrzemysłowa #IndustrialTourism #UrbexPolska #Podziemia #Górnictwo #Technika #SzybCampi #SzybSutoris #UNESCO #Photography #IndustrialPhotography #Eksploracja #PolskaNaWeekend #Małopolska #ZwiedzanieTechniczne #Kopalnia #Górnik #Sól #HistoriaTechniki #MaszynaParowa #PodróżeMałeIDuże #AktywnyWypoczynek #IndustrialHeritage #UndergroundWorld #MineExploration #AdventureTime #TravelPoland
Dziękujemy również wszystkim, którzy pomogli w przygotowaniu i dokumentacji wydarzenia – od obsługi technicznej, przez fotografów, po osoby dbające o nasze bezpieczeństwo i komfort.
Zdjęcia wykonali: Magdalena Prosowska, Amelia Sieradz, Jakub Kisieliński, Andrzej Kwiatkowski, Kacper Szmitka Awizonosz, Karol Lubaczewski
Relację przygotowali: Paulina Kozłowska, Jakub Kisieliński, Andrzej Kwiatkowski, Karol Lubaczewski
Pomysłodawcy wydarzenia, Harmonogram: Andrzej Kwiatkowski, Karol Lubaczewski
Ustalenia szczegółów po stronie Gospodarza: Agnieszka Cichostępska, Anna Kawalec, Krzysztof Zięba



























































































































































































